Terere – czyli yerba mate na zimno

W tym roku mieliśmy rekordowo gorący lipiec, a wszystko wskazuje na to, że sierpień wcale nie będzie gorszy. W związku z tym proponuję coś, co was orzeźwi, zaspokoi pragnienie, a przy okazji da wam energię aby przetrwać upały. Terere – yerba mate na zimno.

Ok – powiecie – ale co to w ogóle jest to terere? Yerba mate? Coś jak Yerbata? Blisko. Na Facebooku Łukasz z Food and Good Mood pisał, że po zdjęciach wygląda jak yerbowa lemoniada. No i faktycznie, terere, to taka lemoniada na bazie yerby. A sama yerba? To susz pozyskiwany z ostrokrzewu paragwajskiego. W Ameryce Południowej jest bardzo popularna, a w Paragwaju czy Argentynie to napój narodowy. Jest bardzo zdrowa, zawiera przeciwutleniacze, działa antyrakowo i oczyszczająco, a do tego obniża cholesterol, pomaga odbudować wątrobę i leczyć otyłość. Ma jednak jeszcze jedną ważną cechę, którą ja lubię szczególnie. Jest na maksa pobudzająca.

Nigdy nie polubiłem kawy, ani podczas przygotowań do matury, ani w trakcie nauki do egzaminów na studia (wtedy na litry piłem energetyki), ani kiedy zacząłem pracować okazyjnie musząc wstawać o 6 rano. Yerbę poznałem już w liceum, jednak wtedy piłem ją tylko okazyjnie, zwykle w legendarnej cieszyńskiej Cajovni. Dopiero kiedy zacząłem pracować po godzinach jako tłumacz i siedziałem po nocach, doceniłem pobudzające właściwości yerby. Poziom pobudzenia zależy od rodzaju i dawki. Mam dwie swoje ulubione marki – El Mejor i Kurupi Clasica, które są naprawdę mocne i ułatwiają utrzymanie mózgu na wysokich obrotach przez dobrych kilka godzin.

Klasyczna yerba na ciepło ma jednak jedną zasadniczą wadę. Delikatnie mówiąc nie smakuje najlepiej. Może to moje subiektywne odczucie, ale kiedy próbowałem pierwszy raz, wydawało mi się, że piję wywar z tytoniu. Później się przyzwyczaiłem (trochę jak z piwem jakieś 10 lat wcześniej), a jeszcze później zacząłem eksperymentować ze smakami. Ale o tym kiedy indziej. Terere, czyli yerba mate na zimno to świetny sposób, aby nowicjusze zapoznali się ze smakiem yerby w wersji złagodzonej, która zachowuje jednak swoje właściwości.

Poza yerbą bardzo lubię wszelkie yerbaty, club mate i inne oranżady na bazie yerby. Modyfikując swoje napary starałem się osiągnąć smak podobny do powyższych i częściowo mi się udało. Dla was mam dziś jednak wersję deluxe – z trawą cytrynową i imbirem.

 


Aha, i najważniejsze. Yerba mate na zimno powinno się pić ze specjalnego naczynka – guampy. Ja wolę półlitrowy kufel z rączką albo taki hipsterski kubko-słoik jak na zdjęciach – w nich więcej się mieści. Przed piciem musicie zaopatrzyć się jednak w metalową słomkę do picia – bombillę. Bez tego się nie uda.

Składniki:

80-100 g ulubionej yerba mate (na początek polecam Pajarito albo Cruz de Malta, ew. smakowe CBSE)
pół źdźbła trawy cytrynowej
ok. 1 cm świeżego imbiru
1 łyżeczka miodu
2 łyżeczki soku z cytryny
woda gazowana
kostki lodu

Przygotowanie:

  1. Wsypcie susz do naczynia i wetknijcie bombillę
  2. Dodajcie łyżeczkę miodu, drobno posiekaną trawę cytrynową i imbir (możecie utłuc w moździerzu)
  3. Zalejcie wodą o temperaturze 75-80 stopni, ale nie do pełna tylko lekko powyżej poziomu suszu
  4. Zostawcie do ostudzenia
  5. Wypełnijcie naczynie kostkami lodu do pełna
  6. Zalejcie wodą gazowaną, a na końcu dodajcie sok z cytryny
  7. Po wypiciu ten sam napar możecie zalewać zimną wodą jeszcze kilka razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *